Co kilka tygodni ktoś wpadał, żeby wyczyścić nagrobek lub wymienić flagę. Lisa przychodziła często, czasem siedząc w milczeniu, a czasem rozmawiając z Jimem jak ze starym przyjacielem. Mike Donnelly i jego klub zorganizowali nową tradycję – „Przejażdżkę Honoru”. Każdego grudnia motocykliści zbierali się przy grobie Jima, składali wieniec i po raz ostatni odpalali silniki przed zimą.
Media zaczęły nazywać to „pogrzebem, który zmienił miasto”. Zainspirowane tym wydarzeniem, kilka grup weteranów uruchomiło inicjatywę „Nikt nie pochowany samotnie” , dbając o to, by każdy nieodebrany weteran otrzymał godne pożegnanie wojskowe.
Dla Toma to doświadczenie pozostawiło trwały ślad. „Widziałem zbyt wiele samotnych pogrzebów” – powiedział w wywiadzie. „Ale tamtego dnia… to była Ameryka, która pokazała swoje serce”.
Pewnego popołudnia, kilka miesięcy później, mężczyzna po czterdziestce cicho odwiedził grób Jima. Stał tam długo ze łzami w oczach. Kiedy Tom podszedł, mężczyzna przyznał, że jest skłóconym synem Jima. „Nie sądziłem, że kogokolwiek to obchodzi” – wyszeptał. „Ale widząc to… myliłem się”.
Zanim odszedł, położył obok tablicy pojedynczą białą różę.
Gdy słońce zachodziło nad cmentarzem, brązowe litery błyszczały w gasnącym świetle. Weteran, który kiedyś nie miał rodziny, teraz miał ich setki.
Bo czasami rodzina to nie ludzie, z którymi łączą cię więzy krwi,
ale ci, którzy pojawiają się, gdy cię już nie ma.
