Miałam siedemnaście lat, gdy mój chłopak odszedł od mnie, gdy tylko dowiedział się, że jestem w ciąży.
Żadnego krzyku. Żadnej długiej kłótni. Tylko beznamiętne, przerażone spojrzenie w jego oczach i słowa: „Nie jestem na to gotowy”. I zniknął – z mojego życia, z mojej przyszłości, z każdego planu, który po cichu układałam w głowie.

Starałam się być dzielna. Powtarzałam sobie, że go nie potrzebuję. Mówiłam sobie, że miłości można się nauczyć później. Ale prawda była taka, że bałam się cały czas. Sama byłam jeszcze dzieckiem, próbującym nosić w sobie nowe życie, udając, że wiem, co robię.
Mój syn przyszedł na świat za wcześnie.
W jednej chwili cierpiałam, krzycząc za mamą, w drugiej wpatrywałam się w światło sufitu, podczas gdy wokół mnie biegali lekarze. Słyszałam słowa takie jak „przedwczesny poród” i „stan krytyczny”, ale nikt nie położył mi dziecka na rękach. Zabrali go, zanim zdążyłam zobaczyć jego twarz.
Powiedzieli mi, że jest na oddziale intensywnej terapii noworodków.
Powiedzieli mi, że jeszcze nie mogę go zobaczyć.
Powiedzieli mi, żebym odpoczął.
Dwa dni później u stóp mojego łóżka stanął lekarz z wyćwiczonym już wyrazem twarzy. Mówił łagodnie, klinicznie.
„Bardzo mi przykro” – powiedział. „Twoje dziecko odeszło”.
W pokoju zapadła cisza.
Nie krzyczałam. Na początku nie płakałam. Po prostu wpatrywałam się w ścianę, próbując zrozumieć, jak coś mogło istnieć – a potem zniknąć – bez trzymania.
Wtedy przyszła pielęgniarka.
Była w średnim wieku, miała łagodne oczy i dłonie poruszające się powoli, jakby świat potrzebował delikatności, by przetrwać. Usiadła obok mnie i otarła mi łzy chusteczką, której nie zdawałam sobie sprawy, że potrzebuję.
„Jesteś młody” – wyszeptała. „Życie wciąż ma dla ciebie plany”.
Nie uwierzyłem jej.
Jak życie może mieć plany, skoro zabrało ci wszystko?
Wyszłam ze szpitala z pustymi rękami, z bólem ciała i pustką w sercu. Wróciłam do domu, do pokoju, który wciąż pachniał antyseptykiem i strachem. Składałam ubranka dla dzieci, których nigdy nie użyję. Rzuciłam szkołę. Imałam się dorywczych prac. Przeżyłam – ale ledwo.

Minęły trzy lata.
Pewnego popołudnia, gdy wychodziłem ze sklepu spożywczego, jakaś kobieta zawołała moje imię.
Odwróciłam się i zamarłam.
To była ona.
Ciąg dalszy na następnej stronie:
