Rozmowa w samolocie, której nigdy nie miałem usłyszeć

Lot był pod każdym względem zwyczajny.

W kabinie cicho szumiał ten znajomy, mechaniczny rytm, który sprawia, że ​​czas wydaje się zawieszony w powietrzu. Wpatrywałem się w okno, obserwując chmury przepływające niczym niedokończone myśli. Moje myśli błądziły w nieszkodliwych miejscach – praca czekająca w domu, pudła wciąż nierozpakowane w naszym nowym domu, cicha ulga płynąca z wiary, że życie w końcu zaczyna się stabilizować.

Wtedy dobiegł mnie głos z miejsca kilka rzędów za mną.

Jakaś kobieta swobodnie, niemal leniwie, opowiadała o niedawnym weekendzie w Europie. Zaśmiała się, wspominając o podróży z kimś o imieniu Phil. Z początku ledwo zareagowałem.

Phil to popularne imię.

Natychmiast to sobie powiedziałem.

Jednak coś ścisnęło mnie w piersi.

Mój mąż ma na imię Phil.
Wrócił z Europy dwa dni wcześniej.

Znów odwróciłam wzrok w stronę okna, starając się odpędzić to uczucie. Zbiegi okoliczności się zdarzają, pomyślałam. To nic takiego. Tylko hałas w zatłoczonej kabinie.

Ale rozmowa trwała dalej.

Kobieta mówiła o tym, jak skomplikowane są sprawy. O czasie. O tym, że on wciąż nie jest gotowy, by odejść od żony. Potem wspomniała o domu – niedawno kupionym, do którego niedawno się wprowadził.

Zaparło mi dech w piersiach.

Właśnie kupiliśmy dom.
Właśnie się przeprowadziliśmy.

Tylko w celach ilustracyjnych

Powietrze wokół mnie nagle wydało się rzadsze. Kabina mniejsza. Siedziałam zupełnie nieruchomo, bojąc się, że jeśli odwrócę się zbyt gwałtownie, krucha konstrukcja, która mnie trzyma, runie. Chwile z przeszłości odtwarzały się w pamięci – nieodebrane połączenia, niejasne wyjaśnienia, rozmowy, które zakończyły się odrobinę za szybko. Rzeczy, które zignorowałam, bo zaufanie było łatwiejsze niż podejrzliwość.

 

Kontynuuj na następnej stronie