„Nie” – wyszeptała. „On po prostu… powiedział, że nie potrzebuje piżamy i że łóżko jest straszne”.
To wystarczyło. Mark ostrożnie poprowadził ją w stronę drzwi, z dala od łóżka, mocno trzymając rękę na jej plecach. Kiedy mijali Todda, jęknęła, przywierając do Marka jeszcze mocniej.
Todd to zrozumiał i coś w jego wyrazie twarzy się załamało: ból, poczucie winy, dezorientacja, wszystko to zmieszało się ze sobą. Już wcześniej dał znać przez radio do biura, że idzie spać pierwszy, ale słowa wciąż uwięzły mu w gardle, tym bardziej teraz, gdy zobaczył, jak Emma z przerażeniem odsuwa się od Todda.
Mark wyszedł na korytarz i podniósł słuchawkę. Jego głos nadal brzmiał profesjonalnie, ale ton był nie do podrobienia.
— Biuro, tu Harris. Mamy 7-letnią dziewczynkę zamkniętą w pokoju. Dostępne są urządzenia zabezpieczające. Proszę o natychmiastową pomoc medyczną.
Gdy radio zatrzeszczało z rozpoznaniem, ciężar sytuacji opadł na dom. Todd skoczył na ścianę, pocierając skronie i wpatrując się w podłogę.
Jepa pozostał blisko Emmy; jego zewnętrzna erekcja opadła, gdy zobaczył dziewczynę zbliżającą się do Marka. W tym momencie nic nie było przesądzone.
Nie było odpowiedzi, tylko pytania, podejrzenia i błędne wrażenie, że prawda, jaka by nie była, jest o wiele bardziej skomplikowana, niż się początkowo wydawało.
Podróż do Szpitala Ogólnego Maple Grove przebiegała w ciszy, co czyniło ją jeszcze bardziej poruszającą. Z zewnątrz karetki unosił się delikatny zapach środka dezynfekującego i plastiku.
Górne światła rzucały matową, białą poświatę, przez którą twarz Emmy wydawała się jeszcze mniejsza na tle poduszki na noszach. Leżała nieruchomo, z rękami złożonymi na brzuchu i wzrokiem wbitym w sufit, jakby bała się poruszyć i pogorszyć sytuację.
Mark siedział za jej głową, tak blisko, że mogła go widzieć, gdy się odwróciła. Jego obecność była cichą otchłanią w zamieszaniu ruchów i dźwięków.
„Czy sprawiam kłopoty?” – zapytał nagle, a jego głos był niewiele głośniejszy od mruczenia Egipcjanina.
„Nie” – powiedział natychmiast Mark. „Nie pakuj się w kłopoty. Zrobiłeś dokładnie to, co miałeś zrobić”.
Wzruszyła się, gdy to wszystko przyswoiła, po czym znów ucichła.
W szpitalu przesuwane drzwi otworzyły się z gwizdem, a świeże powietrze ustąpiło miejsca sterylnemu, lśniącemu blaskowi dziecięcych włosów.
Pielęgniarki działały szybko, ale delikatnie, prowadząc Emmę do pokoju badań, podczas gdy inna pielęgniarka zadawała Markowi pytania cichym, stanowczym głosem.
Todd przybył osobno z innym funkcjonariuszem. Miał wolne ręce, ale wyprostowaną postawę i wpatrzony wzrok, jakby każde spojrzenie przechodzącego pracownika było oskarżeniem.
Niedługo potem dr Karepi Lou opuściła gabinet. Miała czterdzieści kilka lat, ciemne włosy starannie zaczesane do tyłu, a jej wyraz twarzy był spokojny, jak u osób, które przez lata spokojnie mówiły surowe prawdy. Spojrzała na kartę choroby Emmy i uśmiechnęła się do niej lekko, dodając otuchy.
„Cześć, Emma. Tu dr Lou” – powiedziała. „Chciałam się tylko upewnić, że wszystko w porządku”.
W miarę jak rozpoczynało się śledztwo, fragmenty historii wyłaniały się spokojnie i precyzyjnie. Sześć miesięcy wcześniej wypadek samochodowy. Kolizja, która na pierwszy rzut oka nie wydawała się poważna.
Ośmiokątne drgawki, które występowały po przebudzeniu, epizody lunatykowania, podczas których Emma budziła się w miejscach, których nie pamiętała. Notatki były szczegółowe, precyzyjne, spisywane przez różnych autorów na przestrzeni lat. To było coś nowego. To było przebudzenie.
Chwilę później na korytarz wpadła Rachel Brooks, wciąż ubrana w kamizelkę odblaskową i buty ze stalowymi noskami, które nosiła w pracy w magazynie.
Szybko zaczesała włosy do tyłu, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu, gdy patrzyła, jak Emma wchodzi przez otwarte drzwi. Podbiegła do córki i przytuliła ją delikatnie, jakby bała się, że się złamie.
„Jestem tutaj” – wyszeptała Rachel drżącym głosem. „Przepraszam, kochanie. Jestem tutaj”.
Gdy Rachel w końcu podniosła wzrok i zobaczyła Marka i Jeffę stojących w pobliżu, jej wyraz twarzy stwardniał, wyrażając zdziwienie i niepokój.
„Co się dzieje?” zapytał. „Dlaczego policja tu jest?”
Przeszedł do małej, rodzinnej sali konferencyjnej na końcu korytarza, z beżowymi ścianami i wygodnymi krzesłami, idealnej do rozmów, których nikt nie chciał prowadzić. Jepa marnował czas.
„Rachel” – powiedział – „twoja córka była wczoraj w nocy zamknięta w swoim pokoju. Na zewnątrz drzwi była zasuwka, a łóżko…”
„To dla jej bezpieczeństwa” – przerwała Rachel łamiącym się głosem. „Todd nigdy by jej nie skrzywdził. Uratował jej biuro. Przestała oddychać we śnie, a on ją uratował. To on czuwa przy niej, kiedy ja nie mogę”.
„To dlaczego zamykasz drzwi?” – nalegał Jepa. „Po co łóżko, które wygląda jak łóżko z pojemnikiem? I dlaczego jej powiedziałeś, że nie potrzebuje piżamy?”
Doktor Lou interweniował, zanim pokój uległ dalszemu zniszczeniu.
„Spokojnie” – powiedział spokojnie. „Mamy ważny kontekst medyczny”.
Wyjaśnił dokładnie, starannie dobierając słowa. Dla niektórych dzieci z napadami padaczkowymi w październiku zalecane mogą być wyściełane łóżka polowe, aby zapobiec poważnym obrażeniom.
W najcięższych przypadkach pasy, prawidłowo i tymczasowo stosowane, mogą zapobiec upadkowi dziecka lub uderzeniu go w głowę podczas napadu padaczkowego. Dodał jednak:
„Te środki wymagają jasnego wyjaśnienia, nadzoru i ścisłego przestrzegania przepisów bezpieczeństwa. Zamknięcie drzwi od zewnątrz” – stwierdził stanowczo dr Lou – „jest częścią zaleceń lekarskich”.
Nastąpiła ciężka cisza.
Dapa przybył chwilę później, wciąż mając na sobie słuchawki i identyfikator, jakby bez namysłu pojechał prosto z izby przyjęć do szpitala. Stał w drzwiach, przez chwilę obserwując Emmę przez szybę, zanim wszedł.
„Chciałem ją tylko zobaczyć” – powiedział Dapa cicho, jego głos był cichszy niż zwykle.
Gdy Mark zapytał go, czy wszystko w porządku, Dapa uderzył go głową.
„Dawno temu dostałem taki telefon” – przyznał. „Dzieciak?” Jego głos był spokojny. „Wszyscy myśleli, że to nic takiego”. Przełknął ślinę. „Nie. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu”.
Po powrocie do sali konferencyjnej pytania nadal napływały. Todd był przesłuchiwany osobno; jego widoczna apatia ustąpiła miejsca wyraźnemu wyczerpaniu.
Rachel siedziała ze skrzyżowanymi na kolanach rękami, wpatrując się w drzwi i podłogę, czując jednocześnie strach przed tym, co może się wydarzyć, i przed tym, co może się wydarzyć.
„Zanim ktokolwiek zdecyduje, kto tu jest” – powiedziała, patrząc prosto na Marka – „musimy mieć pełny obraz. Badania lekarskie, rama łóżka, warunki domowe… wszystko”.
Mark był pełen niedowierzania. Nauczył się nie osądzać pochopnie, mimo że wszystko w nim tęskniło za jasnością i prostymi odpowiedziami. W tym przypadku nic nie było proste.
Przed salą identyfikacyjną Emma obserwowała przez szybę, jak dorośli rozmawiają cicho, poważnym tonem. Nie słyszała, co mówią, ale czuła ich ciężar, ciężar, który na niej ciążył.
Przytuliła kolana do piersi i czekała, zastanawiając się, czy postąpiła słusznie. Gdzieś w głębi korytarza Dapa obserwował ją w milczeniu, mając nadzieję, że tym razem usłyszał jej sen.
Następnego dnia dom na Willow Street wydawał się inny. Strach, który ogarnął ją poprzedniej nocy, ustąpił miejsca spokojniejszej gorączki, takiej, jaka towarzyszy pisaniu i odpowiadaniu na pytania.
Promienie słoneczne wpadały przez okna, oświetlając drobinki kurzu unoszące się w powietrzu i ujawniając, że jest to w istocie zwyczajne miejsce.
Jednak nic w śledztwie nie wydawało się normalne, gdy oficer Mark Harris wrócił, tym razem w towarzystwie pracownicy socjalnej Lipdy Perez i technika kryminalistycznego z tabletem w ręku.
Doktor Kare Lox pojawiła się na ekranie tabletu, a jej twarz wyrażała poważny wyraz, gdy prowadziła ich z oddali.
„Spokojnie” – powiedział. „Liczą się szczegóły”.
Najpierw poszli do sypialni Emmy. W świetle dziennym łóżko wydawało się mniej niepokojące, choć też mniej zwyczajne. Wyściółka po bokach była gruba i starannie ułożona, a nie improwizowana ze skrawków materiału.
Lipda bębnił palcami po szwach, zwracając uwagę na piankę wtopioną pod tkaninę, która miała amortyzować uderzenia, a nie ograniczać ruchy. Szyny, choć wysokie, były równomiernie rozmieszczone i gładkie, bez ostrych krawędzi ani ukrytych zaczepów.
„Te pasy” – powiedziała Lida, pochylając się, żeby je obejrzeć. „Nie są ukryte. Są umieszczone dokładnie tam, gdzie medyczne łóżka bezpieczeństwa: na biodrach i ramionach”.
Mark spojrzał na ekran.
„Czy tego się spodziewałaś?” zapytał.
Doktor Lou poczuł się nieswojo.
Kontynuuj na następnej stronie
