Usiadłem i zacząłem czytać.
Pokój wypełnił się milczącym dźwiękiem.
Głosy powróciły. Wersje mnie, o których zapomniałam, wystąpiły naprzód. Niektóre litery rozśmieszały mnie przez łzy; inne spowalniały oddech, uziemiając mnie w sposób, o którym nie wiedziałam, że potrzebuję. Z każdą literą kołdra stawała się cięższa – nie ciężarem, ale znaczeniem.
Kiedy poranne światło dotarło do okien, zrobiło się jasno.
Pięćdziesiątka nie polegała na liczeniu tego, co przepadło. Chodziło o rozpoznanie schematu – jak miłość pojawia się raz po raz, w różnych dłoniach, w różnych porach roku, zszywając życie w całość.

Hawaje były ruchem.
Zewnętrznym świętem.
To była cisza.
Wspomnienie.
Kiedy w końcu podniosłam wzrok, mój mąż nie czekał na wdzięczność. Patrzył na mnie, mając nadzieję, że zrozumiałam.
Wyciągnąłem do niego rękę.
I uświadomiłem sobie coś, o czym wcześniej nie wiedziałem:
Najbardziej niezwykłe dary nie zabierają cię w nowe miejsce.
Przywracają cię do stanu, w jakim zawsze byłeś.
