Od tamtej pory spotykaliśmy się bez żadnego wysiłku. Posiłki. Czas na odrabianie lekcji. Ciche zakątki. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym – o ulubionych filmach, o tym, jakiego jedzenia nie znosimy, o tym, jaka to głupota, że personel zamyka szafkę z przekąskami na noc. Kiedy byliśmy źli, siedzieliśmy razem w milczeniu. Kiedy mieliśmy nadzieję, snuliśmy plany, które udawaliśmy za żarty.
Dorastanie razem oznaczało widzenie wszystkich swoich wersji. Tych wściekłych. Tych wyczerpanych. Noce, kiedy nadzieja pojawiała się przypadkiem i musieliśmy udawać, że jej nie zauważamy.
Kiedy przyszli rodzice odwiedzili dom, obserwowaliśmy ich z korytarza. Pary uśmiechały się zbyt promiennie. Przykucały, żeby porozmawiać z młodszymi dziećmi. Ich wzrok przesunął się po Noahu, zbyt długo zatrzymując się na moich aktach.
Nauczyliśmy się nie mieć nadziei.
Zamiast tego żartowaliśmy.
„Jeśli zostaniesz adoptowany” – powiedział kiedyś Noah – „zatrzymam twoje słuchawki”.
„Jeśli tak”, odpowiedziałem natarczywie, „wezmę twoją bluzę. Tę dobrą”.
Śmialiśmy się. Zawsze się śmialiśmy. Ale oboje znaliśmy prawdę: chcieli kogoś łatwiejszego. Kogoś bez wózka inwalidzkiego. Kogoś bez historii, która wypełniłaby teczkę.
Lata mijały. Pliki gęstniały. Urodziny mijały.
Potem skończyliśmy osiemnaście lat.
Nie było żadnej ceremonii. Nie było tortu. Dali nam dokumenty, bilet autobusowy, listę schronisk i urzędów pracy i życzyli nam powodzenia, jakbyśmy jechali na wakacje.
Drzwi zamknęły się za nami i to był koniec.
Wyruszyliśmy razem, upchając nasze rzeczy w plastikowych torbach, które pokaleczyły nam dłonie. Pamiętam, jak pomyślałem, jakie lekkie wydawało się wszystko, co posiadałem – i jakie ciężkie wydawało się wszystko inne.
Przez jakiś czas spaliśmy na kanapie u znajomego. Potem jeszcze raz. W końcu znaleźliśmy maleńkie mieszkanie nad pralnią. Schody były wąskie i nieubłagane, a każdy krok sprawiał, że złościłam się na Noaha. Ale czynsz był niski i nikt nie zadawał pytań.
Ciąg dalszy na następnej stronie
