Todd nie spojrzał na nią. Zdjął stare prześcieradła z łóżka i odrzucił je na bok.
„Nie zniosę kolejnej nocy spędzonej z tobą, włócząc się w kółko” – mruknął z twarzą w cieniu. Jego głos brzmiał zmęczony, suchy, jakby po długim dniu pracy. „Tak jest lepiej, tak jest bezpieczniej”.
Emma przycisnęła kolorowankę do piersi. Nie przestawała. Po prostu poczuła, że nagle ten pokój już do niej nie należy. Todd usiadł i podał jej luźny, wyblakły T-shirt. Pachniał lekko proszkiem do prania i trocinami.
„Nie potrzebujesz dziś piżamy, mała” – powiedział krótko. „Załóż tylko tę. Będzie łatwiej”.
„Komu łatwiej?” – zastanawiała się Emma. Ale nie odpowiedziała. Jej wzrok utkwiony był w ziemi, unikając jego wzroku, a coś w tym geście sprawiło, że poczuła ból w piersi. Zsunęła koszulkę przez głowę; materiał opadł jej poniżej kolan, powodując, że kompletnie się zakręciła.
Podczas gdy Todd pracował, dokręcając śruby i regulując grube szyny, Emma ważyła się w szkole. Tego samego ranka nauczycielka stała przed klasą i mówiła o bezpieczeństwie.
Odnosząc się do dziwnego uczucia w żołądku, doradca powiedział: „Jeśli czujesz, że coś jest nie tak lub się boisz, nawet jeśli nie potrafisz wyjaśnić dlaczego, powiedz o tym zaufanemu dorosłemu lub zadzwoń pod numer 911”.
Emma patrzyła, jak Todd mocuje łóżko pasami, poruszając rękami szybko i zwinnie, jakby wykonywał polecenia w myślach. Z jej miejsca, wysokie, wyściełane boki wznosiły się ponad materac, osłaniając go.
Wyglądało jak łóżko. Wyglądało jak miejsce, do którego można się udać, gdy ma się problemy.
„Dzięki temu nie będziesz już musiała wyjeżdżać” – mruknął Todd, bardziej do siebie niż do niej.
Serce zaczęło mu walić. Przypomniał sobie błyski innego światła. Uchylone drzwi wejściowe, zimne powietrze drapiące go po bosych stopach, zbyt jasne latarnie uliczne.
Todd zadzwonił do niej i mocno ją chwycił, zanim zeszła z ganku. Nie pamiętała, jak tam dotarła. Pamiętała tylko, że była przestraszona.
Telefon Todda nagle zadzwonił. Wyszedł z pokoju, żeby odebrać, ściszając głos. Gdy tylko telefon zniknął na korytarzu, Emma rozejrzała się po pokoju.
Na komodzie stał stary smartfon jego matki, podłączony do gniazdka, z ekranem w połowie podświetlonym i w połowie naładowanym, czekający. Ręce mu się trzęsły, gdy go podnosił. Jego palce wiedziały, co robić, nawet z włączonym mikrofonem, jakby ćwiczył.
Podkradła się do szafy, skulona za kurtkami, z lekko uchylonymi drzwiami. Kiedy operator odebrał, Emma szepnęła, obawiając się, że Todd usłyszy ją przez hałas panujący w domu.
„Mam na imię Emma” – powiedziała, a słowa wylewały się z jej ust, mimo że ich nie rozumiała. „Powiedziała: »Nie potrzebuję piżamy dziś wieczorem«”.
Mówiąc to, spojrzała przez jasną zasłonę do swojej sypialni. Wysokie łóżko stało tam, ciche i dziwne, czekając na nią. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak bardzo ją to przerażało.
Po prostu wiedziała i to jej wystarczyło. Podniosła słuchawkę do ucha, kurczowo trzymając się spokojnego głosu po drugiej stronie, podczas gdy światło, którego nie rozumiała, zamknęło się wokół niej.
Później, kiedy Mark wspominał tamtą noc, to nie drzwi i papiery jako pierwsze przyszły mu na myśl. To był ten korytarz, zamek, zdjęcia wiszące na ścianie i to, jak powietrze zdawało się brać głęboki oddech tuż przed otwarciem drzwi.
Z powrotem w wąskim korytarzu, czas zdawał się zwalniać w chwili otwarcia zamka. Dźwięk był ostry, metaliczny, znacznie głośniejszy, niż powinien być w cichym domu.
Agent Mark Harris poczuł to w piersi, gdy tylko to usłyszał. Ten irytujący dźwięk podpowiedział mu, że za chwilę coś ważnego zostanie ujawnione. Za nim Todd Blake przeniósł ciężar ciała, promieniując ciepłem niczym żar.
Zacisnął szczękę, jakby już wiedział, jak bardzo sytuacja się pogorszy. Korytarz był ciemny, oświetlony jedynie pojedynczą żarówką nad głową, która migotała, jakbyśmy postanowili pozostać otwarci.
Na ścianach wisiały zdjęcia rodzinne, trochę krzywo. Emma była na prawie wszystkich: w parku z mamą, trzymająca szkolną wronę, uśmiechająca się z brakującym zębem.
Todd był sam, w połowie poza kadrem, z jedną ręką niezgrabnie zwisającą na ramionach Emmy. Zdjęcia opowiadały subtelną historię kogoś, kto wciąż zmaga się z odnalezieniem swojego miejsca.
Wzrok Jepy Cole’a pozostał utkwiony w zatrzasku. Był solidny, świeżo zamontowany, umieszczony wysoko, poza zasięgiem małych rączek. Rodzaj okucia wskazywał na coś wewnątrz lub na zewnątrz. Poczuła ucisk w żołądku. Powoli odwróciła się do Todda.
„Dlaczego w twoich drzwiach jest zamek?” zapytał napiętym głosem.
Ramiona Todda zesztywniały.
„To kłopoty” – powiedział, a słowa zabrzmiały z dezaprobatą, niemal niechętnie. „Koszmary, on się zatacza. Mówiłem ci, że to dla jego bezpieczeństwa. Słuchaj, wiem, jak on wygląda, ale…”
Mark przerwał mu, zanim zdążył dokończyć. Jego głos pozostał niski i opanowany, ale nie dało się pomylić autorytetu, jaki emanował.
— Rozumie pan, że zamknięcie dziecka w pokoju to poważna sprawa, prawda? Zagrożenie pożarowe, dostęp awaryjny. Proszę się odsunąć, proszę pana.
Przez ułamek sekundy Todd wyglądał, jakby miał zamiar się kłócić. Coś w wyrazie twarzy Marka go powstrzymało. Cofnął się o krok, lekko unosząc ręce, z frustracją malującą się na twarzy, gdy Jepa podszedł i zamknął drzwi.
Drzwi zaskrzypiały i zamknęły się. W pokoju na zapleczu panowała upiorna cisza. Emma siedziała na podłodze obok łóżka, z kolanami podciągniętymi do piersi, ściskając telefon obiema dłońmi, jakby mógł zniknąć, gdyby go puściła.
Jej za duży T-shirt luźno wisiał na ramieniu. Łzy lśniły na jej policzkach, a oczy były opuchnięte i szeroko otwarte jak spodki, gdy patrzyła na nieznajomych tłoczących się w jej drzwiach.
Mark natychmiast przykucnął, jego ruchy były powolne i rozważne.
„Cześć, Emma” – powiedział spokojnie. „Nie martw się. Nie martw się. Jesteśmy tu, żeby pomóc”.
Na początku się nie poruszyła. Potem podpełzła do niego, kucając i trzymając palce w kroczu jego nogi, jakby chciała się upewnić, że jest prawdziwy. Mark bez wahania ustawił się między nią a łóżkiem; jego ciało zareagowało, zanim umysł zdążył nadążyć.
Za nim Jepa rozejrzał się po pokoju. Łóżko dominowało w małej przestrzeni; jego wysokie, wyściełane boki wznosiły się niczym ściany wokół materaca.
Grube panele boczne wyściełały krawędzie, a paski ściągały ramiona i biodra. Szorstka, biała pościel nadała kompletowi klasyczny, świeży charakter, nieodpowiedni do pokoju dziecięcego.
Jepa poczuł, że jego oddech ustał. Z miejsca, w którym stał, sądząc po kontekście, nie wyglądało to na ochronę. Wyglądało na ograniczenie.
„Co to, do cholery, jest?” – wyszeptała, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Todd zrobił krok do przodu i jego słowa zostały przerwane.
To dla bezpieczeństwa. Sam to zbudowałem. Wypada z łóżka i dostaje napadów padaczkowych. Widziałem coś podobnego u dzieci ze specjalnymi potrzebami. Nie chciałem mu zrobić krzywdy.
Jednak wyjaśnienie to nie mogło konkurować z obrazem, jaki miałem o nich w głowie: płaczący ananas, zamknięte drzwi i łóżko, które bardziej pasowało do instytucji niż do domu.
Jepa wyjął telefon i zaczął dokumentować pokój, robiąc zdjęcia łóżka, pasów i zamka w drzwiach. Każde kliknięcie było głośne. EPD.
Mark mówił do Emmy spokojnym głosem.
„Dobrze, że zadzwoniłeś” – powiedziała. „Czy mógłbyś mi powiedzieć, czy Todd cię dotykał?”
Emma szybko uderzyła głową.
Kontynuuj na następnej stronie
