Serce mi zamarło jak kamień w głębokiej wodzie. „To niemożliwe” – upierałam się, choć w moim głosie brakowało przekonania. „Chyba się mylisz. Może to córka sąsiadki, która jest do niej podobna”.
„Być może” – mruknęła pani Greene, choć jej wzrok pozostał nieprzekonany. „Pomyślałam po prostu, że powinnaś wiedzieć”.
Jechałem do pracy oszołomiony. Niepokój w piersi nie był trzepotaniem, lecz ciężkim, zimnym ciężarem. Próbowałem to sobie jakoś wytłumaczyć. Pani Greene się starzeje. Jej wzrok słabnie. Ale gdy kilometry rozmywały się pod kołami, nie mogłem zignorować subtelnych zmian, które bagatelizowałem od tygodni.
Lily była spokojniejsza. Jej apetyt, niegdyś wilczy, zmniejszył się do dziobania w obiad. Miała cienie pod oczami, których korektor nie był w stanie ukryć. Zrzuciłam to na karb szkolnych obowiązków w gimnazjum, skoków wzrostu, hormonów.
A co jeśli to było coś innego?
Tego wieczoru przy kolacji – makaronu z sosem marinara, jej ulubionego – obserwowałem ją jak jastrząb. Wydawała się normalna. Uprzejma. Spokojna. Kiedy mimochodem wspomniałem o komentarzu pani Greene, spodziewając się zszokowanej dementi, Lily zesztywniała. To była mikroreakcja, ułamek sekundy napięcia ramion, zanim zignorowała to śmiechem, który brzmiał odrobinę zbyt radośnie.
„Och, mamo, znasz panią Greene” – powiedziała Lily, obracając widelcem. „Pewnie zobaczyła listonosza i pomyślała, że to ja. Jestem w szkole, obiecuję. Moja frekwencja jest idealna”.
Uśmiechnęła się do mnie. Ale po raz pierwszy zobaczyłem, że uśmiech nie sięgał jej oczu. Za orzechowymi tęczówkami coś drżało – paniczny, stłumiony strach.
Położyłam się spać, ale sen był obcy. Mój umysł krążył po możliwościach jak sęp. Narkotyki? Chłopaki? Sekretne życie, o którym nic nie wiedziałam?
O drugiej w nocy, wpatrując się w wentylator sufitowy przecinający cienie, wiedziałam, że nie mogę dłużej żyć w ciemności. Musiałam poznać prawdę, nawet jeśli miałaby mi złamać serce.
Przeczytaj więcej na następnej stronie
