Potem nadszedł listopad.
Potem grudzień.
Chodniki były oblodzone, wiatr wiał ostro, a Mike wciąż chwytał kluczyki i pytał: „Wypad na lody?”
Na początku się zaśmiałam. „Naprawdę? W taką pogodę?”
Vivian już chwytała płaszcz.
„Chyba tak” – powiedział Mike, uśmiechając się.
Wtedy zacząłem zwracać na to uwagę.
„Dokąd pojechałeś?” – zapytałem pewnej nocy.
„Ten przy stacji benzynowej” – szybko odpowiedziała Vivian.
Innym razem Mike wspomniał, że pojedzie „trochę dalej”, żeby Vivian mogła „przewietrzyć głowę”.
Drobne nieścisłości. Nic konkretnego – ale zaczęły się nawarstwiać.
Niektórymi nocami nie było ich czterdzieści minut. Innymi prawie godzinę. Vivian wracała spokojniejsza, z policzkami zarumienionymi w sposób, który nie pasował do zimna.
A węzeł w moim żołądku nie chciał się poluzować.
Powiedziałem sobie, że przesadzam.
Oceny Vivian pozostały wysokie. Zachowywała się jak każda inna nastolatka. Logicznie rzecz biorąc, nie miałam powodu do zmartwień – ale to uczucie nie chciało odejść.
Mike zawsze włącza kamerę samochodową podczas jazdy. Powiedział, że z powodów ubezpieczeniowych.
Pewnej nocy, gdy wszyscy poszli już spać, wyszedłem na zewnątrz i wyjąłem kartę pamięci.
Moje ręce cały czas się trzęsły.
Siedziałem sam przy kuchennym stole z laptopem, w domu panowała cisza.
Powiedziałem sobie, że jestem paranoikiem.
Następnie rozpoczęło się nagrywanie.
Na początku wszystko wyglądało normalnie — światła latarni ulicznych przesuwały się po przedniej szybie, droga była pusta, Mike kręcił kierownicą.
Vivian pojawiała się jedynie we fragmentach: odbicie jej kaptura, zarys jej ramienia w jaśniejszym świetle.
Nigdy nie zbliżali się do stacji benzynowej.
Samochód skręcił w boczną uliczkę, którą rozpoznałem, ale nie potrafiłem jej od razu umiejscowić — stare ceglane budynki, zamknięte sklepy.
Mike zaparkował.
Kamera nagrywała, jak wysiada, obchodzi samochód i otwiera drzwi pasażera tuż poza kadrem. Jakiś cień się poruszył, a potem Vivian weszła w pole widzenia, odwrócona tyłem do kamery.
