W mojej okolicy mieszkała kiedyś pewna starsza kobieta — wątła, zgarbiona, otulona tym samym starym szalem bez względu na to, jak gorąco lub zimno było.
Ciągle kaszlała, poruszała się powoli i pytała drżącym głosem: „Masz trochę jedzenia? Może drobne na moje lekarstwo?”

Ludzie unikali jej, jakby ciążyła na niej jakaś klątwa. Przechodzili przez ulicę. Szeptali. Niektórzy nawet wstrzymywali oddech, przechodząc obok niej.
Nigdy mi się to nie podobało. Może chodziło o to, jak dziękowała mi za każdym razem, gdy dawałem jej kanapkę albo wsuwałem kilka dolarów – jakbym właśnie przywrócił jej odrobinę godności. Może po prostu dlatego, że nikt inny się tym nie przejmował.
Aż pewnego ranka usłyszałem, że odeszła. Nie było przy niej rodziny. Nikogo, kto by trzymał ją za rękę w tych ostatnich chwilach.
Ta wiadomość wstrząsnęła mną mocniej, niż się spodziewałem. Nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego – po prostu czułem dziwne uczucie, że świat stracił coś, o czym nawet nie wiedział.

Kilka dni później zadzwonił do mnie ktoś podający się za jej dalekiego krewnego. Zapytał, czy mógłbym przyjść do jej mieszkania. Pomyślałem, że potrzebują pomocy w uporządkowaniu jej rzeczy, może nawet oddać to, co miała.
Ale gdy wszedłem do środka, po prostu zamarłem.
Miejsce było prawie puste – ani łóżka, ani stołu, ani nawet krzesła. Tylko kilka wytartych dywanów, gdzie pewnie spała. Ale ściany… ściany były pokryte obrazami tak pięknymi, że czułam się, jakbym wkroczyła do innego świata. Kolory, które wydawały się żywe. Sceny tak pełne emocji, że aż mnie dźgnęły w brzuch.
Kontynuuj na następnej stronie
