Zawsze gardziłem moją starszą siostrą. Ta prawda ciąży mi w piersi jak kamień, ciężki i niemożliwy do ruszenia.
Dla mnie była wszystkim, czym nie chciałam się stać – niewykształconą, wiecznie wyczerpaną, pachnącą lekko wybielaczem i tanim mydłem. Pracowała jako sprzątaczka, szorując cudze bałagany, ciągle licząc monety pod koniec miesiąca, ciągle martwiąc się o długi. Kiedy znajomi o nią pytali, unikałam tematu. Kiedy koledzy z klasy rozmawiali o ambitnym rodzeństwie i udanych rodzinach, milczałam.

Tylko dla przykładu.
Była ode mnie pięć lat starsza, a mimo to czuła się o dekady do tyłu w życiu. A przynajmniej tak to postrzegałam. Byłam tą „mądrą”. Tą, którą chwalili nauczyciele. Tą z potencjałem. Od najmłodszych lat wszyscy mówili, że jestem przeznaczona do czegoś większego. Uniwersytet. Szanowana kariera. Przyszłość pachnąca książkami i biurami, a nie środkami dezynfekującymi i workami na śmieci.
Moja siostra nigdy nie sprzeciwiała się tej narracji. Nigdy się nie broniła. Po prostu uśmiechała się – delikatnie, ze zmęczeniem – i kontynuowała.
Kiedy dostałam list z uczelni, mój telefon bez przerwy wibrował od gratulacji. Przyjaciele, krewni, dawni koledzy. A potem na ekranie pojawiło się jej imię.
Zadzwoniła do mnie tego wieczoru, a jej głos był ciepły i dumny.
„Wiedziałam, że ci się uda” – powiedziała. „Bardzo się cieszę”.
Coś okropnego we mnie wtedy narastało – duma zmieszana ze wstydem, irytacja zmieszana z poczuciem wyższości. Nie chciałem jej szczęścia. Chciałem dystansu.
„Nie zawracaj sobie głowy” – warknąłem. „Idź sprzątać toalety. W tym jesteś dobry”.
Ciąg dalszy na następnej stronie:
